Szkoła Podstawowa nr 236 z Oddziałami Integracyjnymi, ul. Elekcyjna 21/23 w Warszawie

        Strona główna    


Edukacja dzieci powinna w pełni rozwijać osobowość, talenty i zdolności każdego dziecka.
Powinna zachęcać dzieci do szanowania innych osób oraz praw człowieka.
Europejska Konwencja Praw Człowieka art. 29


    M A N I F E S T    



* * *     RELACJE   I   REFLEKSJE   NAUCZYCIELI     * * *



p. Magdalena Sierocka - 1.09.2018

Spotkanie Budzących się Szkół "Między dopaminą i kortyzolem" w Warszawie 30.08.2018

We wtorek usłyszałam takie zdanie: a kto ci przyjdzie w piątek o 17? Okazało się w piątek, że przyszło 30 osób, które energię raczej dają niż ją odbierają! Na naszą burzę mózgów w ramach ogólnopolskiej akcji BSS, "Między dopaminą a kortyzolem" przybyli nauczyciele z warszawskich szkół, rodzice, a nawet dwie nauczycielki z Gdańska! Aż chce się być nauczycielem, kiedy wiadomo, że tych, którzy pragną zmieniać oblicze edukacji, jest więcej.

Dan Siegel w książce "Zintegrowany mózg, zintegrowane dziecko" pisze o trzech strefach, w jakich może znaleźć się nasz mózg: strefie czerwonej, niebieskiej i zielonej. Dwie pierwsze to strefy ucieczki, uruchamiane podczas zagrożenia, stresu, informujące nas, że czas uciekać. Bardzo potrzebne, by przetrwać i zachować życie, zdrowie, ale niewspierające uczenia się. Uczenie się jest możliwe wtedy, gdy nasz mózg znajduje się w zielonej strefie - gdy nasze potrzeby są wzięte pod uwagę, zaspokojone, jesteśmy spokojni, nastawieni "na odbiór". Naszą rolą jako nauczycieli jest zadbać o to, aby dzieci były w zielonej strefie. W końcu ich mózg jest naszym miejscem pracy!

Oceny, nadmierne kontrole, ciągły pomiar dydaktyczny, metoda kija i marchewki nie wspierają motywacji. Tej motywacji, która zwana jest wewnętrzną. Mózg nie żyje po to, aby się uczyć - on żyje DLATEGO, że się uczy. Nie jest prawdą, że dzieci nie chcą się uczyć, że trzeba je do tego zmuszać. Gdy ich potrzeby są zaspokojone, gdy są wzięte pod uwagę, gdy znajdują się w zielonej strefie - chcą się uczyć. Agnieszka Stein podaje takie cztery aspekty, które nauczyciele mogą wykorzystać na swoich lekcjach i które wspierają motywację wewnętrzną. Nazwała je "zasadą 4W":
- wkład - my chcemy robić to, co ma sens. To, co jest do czegoś potrzebne. To, co inni wykorzystają. Gdy daję dzieciom zadanie "rozwiążcie krzyżówkę w zeszycie ćwiczeń", to ich wkład w to zadanie jest zerowy. Już wszystko zostało wcześniej zaplanowane, a dziecko ma tylko wypełnić odpowiednie luki właściwymi literkami. Natomiast gdy samo układa krzyżówkę (np. z zakresu poznanych na lekcji słów), a kolega później tę krzyżówkę rozwiązuje, to ich wkład i poczucie sensu tego zadania są ogromne!
- wolność - my chcemy robić to, co jest naszym wyborem, a nie to, do czego zmuszają nas inni. Znacie to uczucie, kiedy od razu nam się nie chce, "bo musimy"? Dzieci w szkole mają bardzo niewielki wpływ na cokolwiek. Być może jest możliwe, aby mogły go dokonać w zakresie formy, treści, czy nawet rodzaju zadania, jakie im dajemy?
- wspólnota - my chętniej działamy wtedy, kiedy robimy coś razem z innymi. Kiedy patrzymy na innych w działaniu. Kiedy możemy uzyskać od nich pomoc. Zwykłe ustawienie ławek w klasie tak, aby uczeń patrzył na ucznia, może zupełnie zmienić nasze lekcje!
- wyzwanie - często słyszę, jak dzieci mówią, że szkoła jest "nudna", "głupia". Mówią tak w dwóch przypadkach: kiedy zadania, które dostają, są dla nich za trudne lub kiedy są za łatwe. My potrzebujemy zadań na miarę strefy naszego najbliższego rozwoju, aby poczuć chęć ich wykonywania.

Burza mózgów podczas spotkania doprowadziła nas do wielu ciekawych rozwiązań w temacie rozbudzania fascynacji, pierwszego wrażenia i odejścia od sztampowych życzeń na rozpoczęcie roku szkolnego. Dzieliliśmy się naszym doświadczeniem, pisaliśmy, dyskutowaliśmy. Dziękujemy i chcemy więcej taki spotkań!


p. Magdalena Sierocka - 31.08.2018

W naszej szkole w klasach 0-2 dzieci nie dostają ocen. W klasach starszych nauczyciele mają zawsze możliwość zmniejszenia ilości, które stawiają do niezbędnego minimum. Chcę zatem napisać parę słów o tym Skąd będę wiedzieć czy moje dziecko się uczy jeżeli nie dostaje ocen/buziek/kropek/punktów (czyli jeżeli nie jest nagradzane i karane)?

Dziecko przychodzi to szkoły, żeby się uczyć. Przychodzi pełne zapału, zaciekawione tym, co je tam spotka. Wszyscy znamy te szczęśliwe sześcio i siedmiolatki pędzące do szkoły, z nowymi plecaczkami. Uczenie się jest nieodłączną częścią życia. Jest radością. Nie można się "nie uczyć", mózg przetwarza informacje cały czas. Niekoniecznie uczymy się tego, czego akurat oczekują od nas inni, ale proces nauki trwa nieprzerwanie. Tak dobrze znany nauczycielom "wakacyjny skok rozwojowy", dzieci przychodzą po wakacjach odmienione, starsze, dojrzalsze. Może to dlatego, że mogły przez dwa miesiące uczyć się swobodnie? Tego, co akurat było im potrzebne? W takim tempie, jakie było dla nich możliwe? Kierowane motywacją wewnętrzną a nie "kijem i marchewką"? Alfie Kohn w "Wychowanie bez nagród i kar" przytacza badania, które pokazują, że wizja nagrody lub kary za daną aktywność powoduje zmniejszenie motywacji do jej wykonywania. Kiedy za daną, nawet bardzo atrakcyjną czynność, zostanie obiecana nagroda, to uwaga przerzuca się na nagrodę, kosztem wykonywanej czynności. Obserwuję to bardzo często w szkole. "Byle zaliczyć", "Czwórka wystarczy", "A będą za to oceny?" - często słyszane przeze mnie zdania. Tak ogromne skupienie na nagrodzie powoduje, że moi uczniowie przestają widzieć to, co jest w danej aktywności ważne i ciekawe. Przestają widzieć, że mówią coraz to dłuższymi zdaniami, że piszą coraz bardziej komunikatywnie, że zrozumieli przekaz. Poprzez oceny porównują się z innymi zamiast porównywać się z wczorajszym sobą. Chcemy wyeliminować wszelkie systemy nagród i kar w edukacji wczesnoszkolnej (możemy to zrobić, ponieważ prawo na to pozwala) oraz ograniczyć ilość ocen w klasach starszych. Kiedy przychodzę do dzieci młodszych z ciekawymi aktywnościami, z małpką "the monkey", z grami, z cyfrowymi narzędziami, z łagodnością dla różnic rozwojowych (które w tym wieku mogą wynosić nawet 4 lata!), z uważnością na ich potrzeby, z otwartością na ich "nie", to nie mam wątpliwości, że oni skorzystają z moich lekcji, że będą brali udział, że zaciekawią się tym, co im proponuję. Sam udział jest już czasem intensywnej nauki języka! Udział aktywny (mówię, działam, piszę) oraz bierny (słucham, obserwuję) są tak samo wartościowe. Są dzieci, które wolą uczyć się poprzez obserwację, są takie, które chcą działać. Może się tak zdarzyć, że dziecko wybierze zupełnie inną aktywność niż ta, którą robię z grupą. Dzieci mają ogromną potrzebę przynależności, więc rzadko się to zdarza. Jeżeli już się zdarzy to nie jest to problemem - może jest taka aktywność, którą może zrobić nie przeszkadzając reszcie? Może też się zdarzyć, że dziecko podczas tego krótkiego czasu, jakim dysponuję dla niego na lekcji (to tylko 45 minut), chce często zadbać o inne swoje potrzeby, które nie są związane z nauką języka. Proponuję sobie wtedy wygospodarować czas, aby omówić taką sytuację z nim, z rodzicami, z zespołem wychowawczym. Może znajdziemy wspólnie rozwiązanie? Moje doświadczenie nauczyciela mówi mi, że posługiwanie się językiem obcym jest radością samą w sobie. Większość dzieci w starszym wieku szkolnym odnajduje sens w tym, że rozumie, mówi, komunikuje się. Nie tylko w ramach klasy szkolnej, ale przede wszystkim poza nią. Jesteśmy otoczeni komunikacją w języku angielskim, wystarczy zalogować się do internetu, posłuchać piosenek, obejrzeć ulubiony serial, przeczytać wiadomości. Język składa się z czterech sprawności: mówienia, pisania, czytania i słuchania. Jeżeli wykonuję te czynności - mówię, czytam, piszę i słucham - to znaczy, że uczę się intensywnie! Od ciągłego mierzenia jeszcze nikt nie urósł - mawia Marzena Żylińska, autorka "Neurodydaktyki", o uczeniu się przyjaznym mózgowi. Ciągłe testy, sprawdziany, oceny, słoneczka, buźki są pomiarem dydaktycznym. Natomiast pomiar dydaktyczny jest przerwą w procesie uczenia się. Czasu na naukę języka jest w szkole bardzo mało - wykorzystajmy go efektywnie! Nie marnujmy na ciągłe porównywanie się ze sobą, na wypełnianie luk w tekstach, na spalanie energii nad zapanowaniem nad strachem przed oceną, na użalanie się nad błędami. Wypełnijmy 45 minut słuchaniem, czytaniem, mówieniem i pisaniem - w taki sposób, aby każdy słuchał, czytał, mówił i pisał na max swoich możliwości. Skąd zatem mam wiedzieć, że moje dziecko się uczy? Poproś, by opowiedziało Ci o czym śpiewa piosenkarz w jego ulubionej piosence. Poproś, aby opowiedziało Ci po angielsku o swoim dniu, niech zrobi to tak, jak umie najlepiej. Poproś, aby przetłumaczyło Ci o czym pisze z kolegami, grając w swoją ulubioną grę MMORPG. Odwiedźcie razem zagraniczne serwisy informacyjne. Odpowiedz sobie na pytanie - co jest dla mnie ważniejsze, ocena czy faktyczne umiejętności mojego dziecka?


p. Magdalena Sierocka - 22.06.2018

Nie chodzi o to, aby postawić ocenę (choć u nas w szkole w siódmej klasie one funkcjonują i na chwilę obecną nie chciałabym, aby zniknęły całkiem na tym etapie edukacyjnym). Chodzi o to, aby uczeń naprawdę coś umiał. Aby ten czas, który spędza w szkole był faktycznym skupieniem na nauce.

Na zdjęciach jest kartkówka z czasowników nieregularnych, krótki sprawdzian po tym, jak używaliśmy tych słów w kontekście. Zaznaczyłam uczniowi co zrobił dobrze ( chciał także, by zaznaczyć mu co zrobił źle) i zapytałam czy 12/20 punktów (czyli trójka) mu odpowiada i czy mam ją wpisać do Librusa. Nie odpowiadała, chciał mieć lepszą ocenę, a to oznaczało konieczność wykonania dodatkowych zadań. Poszukał więc sam prawidłowych form czasowników, użył w kontekście i napisał kartkówkę jeszcze raz. Tym razem na satysfakcjonującą go piątkę. Najważniejsze dla nas obojga jednak jest to, że mój uczeń dysponuje teraz większą liczbą narzędzi do opisywania przeszłości.

Ocena należy do ucznia. Kiedy pytamy go czy chce, aby daną ocenę wstawić mu do dziennika, zdejmujemy z siebie odpowiedzialność za tę ocenę. Kiedy dajemy możliwość poprawy, uczeń skupia się na procesie uczenia się, a nie tylko na punktach jakie za to dostaje. Chodzi w końcu o to, aby uczeń umiał, a nie o to, by złapać go na tym, czego nie umie. Słyszę często obawy nauczycieli, że jeżeli damy uczniom swobodę decydowania o własnych ocenach lub terminach i liczbie popraw, to oni będą „nadużywać uprzejmości”, będą chcieli dostawać same piątki i będą poprawiać się w nieskończoność, przychodzić na zaliczenia nieprzygotowani. Doświadczenia, jakie zebrałam w tym roku pokazują, że tak nie jest. Dzieci są świadome swoich możliwości i ograniczeń. Nie biorą na siebie więcej niż są w stanie udźwignąć. Jeżeli przestaję uczniów „ścigać”, mówić „ty, Kowalski, znowu nie przyszedłeś na poprawę! Masz jeszcze jedną szansę, masz być, bo jak nie to…”, chodzić za nimi, zmuszać do popraw, kiedy zamieniam to wszystko na życzliwość, uważność i otwartość, uczniowie wiedzą, że zawsze na nich czekam, ale to jest ich decyzja czy i kiedy przyjdą – wtedy właśnie następuje prawdziwe wzięcie przez nich odpowiedzialności za własny proces uczenia się. A ja traktuję to jako pierwszy krok do sukcesu.



Szkoła Podstawowa nr 236 z Oddziałami Integracyjnymi
01-128 Warszawa ul. Elekcyjna 21/23
http://sp236gim61.neostrada.pl

Ostatnia aktualizacja:
(mm/dd/rr)